Wywiad na dziesięciolecie

Grzegorz Miecugow - dziennikarz, prezenter, redaktor. Przez lata związany z Programem III Polskiego Radia i Telewizją Polską. W 1997 roku przeszedł do TVN, gdzie przez kilka lat wydawał i prowadził "Fakty". W 2001 roku poprowadził pierwszą polską edycję reality-show "Big Brother". Jeden z twórców TVN24. W pierwszych latach działalności kanału informacyjnego był nie tylko prowadzącym, ale także szefem wydawców, później także zastępcą dyrektora programowego. Od 2005 roku prowadzi "Szkło kontaktowe", jeden z najchętniej oglądanych programów stacji. Jest dyrektorem Działu publicystyki TVN24. Dziś, z perspektywy dekady ocenia zmiany w TVN24 i ze spokojem patrzy w przyszłość.

example6

Sądzi Pan, że ktoś jeszcze pamięta Grzegorza Miecugowa jako prowadzącego "Big Brothera" albo "Fakty"?

- Tak, ja mam dużo spotkań w Polsce i jako autor książek i jako ja, po prostu. Ludzie mnie zapraszają na jakieś spotkania i zdarzają się takie pytania, o Fakty nie, o Big Brothera zawsze.

Nie bał się Pan, że prowadzenie "Big Brothera" może wpłynąć na Pańską wiarygodność w oczach widzów? W marcu 2001 roku zajmował się Pan reality-show, a pół roku później informował Pan o zawaleniu się wież WTC.

- To było tak, że my mieliśmy startować w styczniu, potem się to przesunęło na maj, de facto wystartowaliśmy 9 sierpnia. Gdybyśmy wystartowali, tak jak chcieliśmy, w maju, to w ogóle nie byłoby o tym mowy. Ale ponieważ byliśmy przygotowani na tyle, na ile się dało być przygotowanym, czekaliśmy na te maszyny, na sprzęt. Prezes Walter do mnie zadzwonił i oczywiście miałem obawy, że to jest kompletnie nie dla mnie (Big Brother), natomiast prezes mi powiedział: to pojedź do Kopenhagi i zobaczysz jak to wygląda z bliska. Jak poleciałem do Kopenhagi, to był luty - marzec, tam właśnie trwał ten program i tam w niedzielę, pani w wieku średnim prowadziła dwie rozmowy - jedną 10 minutową, drugą trochę dłuższą. Pomyślałem sobie: to jest to, co ja najbardziej lubię robić - rozmawiać! I się zgodziłem na coś takiego. Tyle że tylko wtedy już poszło w prasę, zrobiło się wielkie halo, że ja to będę robił, jakieś komentarze i w ogóle skandal, że taki program wchodzi na antenę i się już wokół tego zrobił straszny szum. Mówiłem, że potrafię zrobić rozmowę 9-12 minutową, z przyjemnością mogę zrobić z psychologami, ale wtedy holenderscy realizatorzy wpadli w konflikt z kierownictwem TVN i ja stałem się tego ofiarą. Zgodziłem się na co innego, a robiliśmy co innego i ja się w tym czułem nie najlepiej, ale gdybym się wycofał wtedy, tobym wbił nóż w plecy stacji. Pomyślałem sobie, w życiu zdarzają się takie sytuacje, że trzeba zacisnąć zęby i coś skończyć, jak już się zaczęło, a przy okazji można się czegoś nauczyć. Dla dziennikarza każde doświadczenie jest przydatne.

Pamięta Pan swoją pierwszą reakcję, gdy pojawiły się zarzuty, że ktoś za Wami stoi i że jesteście nieobiektywni, że jesteście na usługach tej czy innej władzy. Nie wiem czy to się zaczęło od telefonu Pana Edwarda ze Szczecina, czy jeszcze wcześniej?

- Chyba wcześniej. To był początek takiego złego kwasu. Uważam, że "Szkło Kontaktowe" jest programem dobrodusznym, że tam o ile nie zadzwoni jakiś człowiek, któremu żółć spływa po brodzie, to tam nie ma takiego dokopywania krwawego, raczej jest to życzliwe. Wtedy, na początku 2006 roku poczułem, że coś pękło w ludziach i zaczęła się taka "zła krew". Ja już z tym nie walczę, to jest tak zwana gombrowiczowska gęba, jak się komuś doprawi, to tak zostaje. Oczywiście, że nie jest tak, że można powiedzieć, że wszystko jest zrównoważone. W PiS-ie, zwłaszcza w ostatnich miesiącach, po odejściu tych bardziej zrównoważonych posłów, zostali ludzie, którzy są bardziej, jakby to powiedzieć, "zajadli". Ja na przykład w ogóle staram się nie puszczać wypowiedzi Pana Giżyńskiego, Pana Hoffmana, Pana Kurskiego, żeby nie dawać tej złej krwi. A w tym, co oni mówią, jest coraz mniej rzeczy zabawnych i jeżeli puszczam ich wypowiedzi, to tylko dlatego, że traktujemy program jako program publicystyczny i czasami trzeba coś odnotować, po prostu.

W "Szkle" stoi Pan na straży poprawnej polszczyzny, poprawia Pan polityków, widzów, ale kilka godzin wcześniej można usłyszeć z ust Pańskich koleżanek i kolegów takie słowa jak briefing, meeting - to jest też efekt zmian - w tym przypadku - języka?

- Myślę, że briefing wszedł już do języka. Czasami jak słyszę koleżankę, która mówi, że coś "trwa nadal", to mówię do niej: słuchaj - trwa i już wystarczy. Staram się też poprawiać koleżanki, czasami też pokazujemy naszą kuchnię i też się z niej śmiejemy. Jeżeli przyłapie się nas, bo nikt nie jest doskonały, też jestem wdzięczny za wychwycenie tego, dlatego że jak ktoś mi pokaże, że robię błąd, nadużywam jakiegoś słowa, np. takiego "tak naprawdę", to ja już potem się pilnuję.

Z perspektywy widza wiele się zmieniło. Mała redakcja przekształciła się w duży zespół, z niewielkiego studia przenieśliście się do jednego z najnowocześniejszych w Europie. Zmieniła się ramówka, niektórzy prowadzący i reporterzy. I jest to naturalne i nieuchronne. Ale zmienił się też sposób prezentowania informacji. Dziś nie jest ważna tylko treść, ale i forma. Czasami zauważa się większą dbałość o tę formę, niż o treść. Bo czy to, że program nadawany jest z wirtualnego studia z użyciem wielu animacji i efektów ma wpływ na wartość merytoryczną?

- Tak, dlatego że człowiek jest wzrokowcem przeważnie i te wszystkie wizualizacje - Julek Kaszyński robi takie przybliżenia, tematy - to jest dobre, bo tam gdzie się pojawiają obrazki, tam lepiej jest coś zrozumieć. Ciągle jest mało takiej pogłębionej analizy, zawsze jest tego za mało, ale cieszę się, że w ogóle jest.

2003-2011
kopiowanie bądź rozpowszechnianie jakichkolwiek treści serwisu bez zgody redakcji zabronione / zalecane przeglądarki: Firefox, Opera.